...o muzyce niekoniecznie kulturalnie.

piątek, 3 maja 2013

Pieśni Adwaityczne

Om - Advaitic Songs (2012)



Gatunek: Stoner/Doom Metal
Wydawca: Drag City

Zabierając się za recenzję dzieła tak obfitego w zarówno duchową i artystyczną jakość wypadałoby na początku przybliżyć, choćby pokrótce, przyświecające mu idee. Tytuł „Advaitic Songs” odnosi się do hinduskiej adwaity, poglądu stojącego w opozycji do dwaity (dwójni), głoszącego że jedyną rzeczywistość stanowi Brahman, który jest tożsamy ze wszystkimi żywymi istotami. W adwaicie świat materialny reprezentuje maja – pojmowana jako iluzja rozdzielności pomiędzy Atmanem-Jaźnią, a Brahmanem-Absolutem. Wyznawcy adwajtawedanty nie poszukują zbawienia poprzez miłosierdzie boże, mesjaszy czy posłuszeństwo; wręcz przeciwnie – dążą do samozbawienia przez gnozę, wyrwania się z sideł fałszywego dualizmu i odnalezienia w sobie jedności z bezprzyczynową boskością. Cytując Swamiego Wiwekanandę, dziewiętnastowiecznego propagatora hinduizmu na Zachodzie:

„Poza całą naturą jest coś wolnego. Kiedy znajdziemy to, co wymyka się wszelkiemu prawu, zdobędziemy wolność, a wolność jest zbawieniem. Dualizm jest stopniem, fazą, adwaityzm wiedzie aż do kresu. Najkrótszą drogą do wyzwolenia jest oczyszczenie się. Należy do nas tylko to, co sami zdobyliśmy. Nie zbawi nas żaden autorytet, ani żadne wierzenie.”

Tyle o duchowości stojącej za „Advaitic Songs”, pora na muzykę. Album rozpoczyna „Addis”, sześciominutowa mantra z damskim wokalem i pięknie brzmiącą wiolonczelą, okraszona wyrazistym dudnieniem bębnów i brzmiącymi co najmniej majestatycznie pomrukami pulsującego basu. Wszystkie te elementy, prócz kobiecego głosu, towarzyszą słuchaczowi aż do końca albumu, akompaniując ciężkim, acz nieco stonowanym i schodzącym często na drugi plan doom-metalowym riffom. Na „Advaitic Songs” Cisneros i Amos postawili w dużej mierze na różnorodność brzmienia, aczkolwiek nie brak tu monotonnych dronów rodem z hinduskich rag i wyciszonej kontemplacji. Dźwiękowe inspiracje muzyków są oczywiste – „Advaitic Songs” to pieśni ducha Bliskiego i Środkowego Wschodu, psalmy spalonej słońcem pustyni i monumentalny lament bizantyjskich chórów. Al Cisneros jednostajnym głosem, jak gdyby pogrążony w głębokiej modlitwie recytuje teksty utworów, sprawiając, że każdego z nich słucha się jak medytacyjnej mantry. Piąty, ostatni kawałek – „Haqq al-Yaqin” odwołujący się do tradycji muzułmańskiej - to najdłuższa i moim zdaniem najciekawsza z kompozycji zawartych na krążku. Monotonny, transowy rytm wybijany na hinduskiej tabli, podniosły lament smyczków, ascetyczne aranże wokalne Cisnerosa – wszystko to kreuje niesamowicie mistyczny klimat; całość zaś wieńczy przepiękna wariacja zagrana na nieprzesterowanej gitarze. Po paru chmurach ściągniętych przy tym numerze można niemal poczuć na własnej skórze prażące niemiłosiernie słońce pustyni, rozżarzony piach i intensywną woń płonącego kadzidła. „Pieśni Adwaityczne” to dla mnie ścisła czołówka zeszłorocznych albumów, koniec kropka.

~blaga

czwartek, 2 maja 2013

Metal - debil

Slav - Kler Pedofil (demo 2012)

Gatunek: Black Metal
Wydawca: brak

I niech ktoś mi kurwa powie, że metalowcy to nie są w najlepszym wypadku kompletni debile. Nie wiem czego ja się spodziewałem po kasecie zatytułowanej "Kler pedofil", ale pomijając już fakt zawarcia na niej słuchalnej w sumie muzyki, to kompletnym arcydziełem są tutaj teksty. Możnaby nawet powiedzieć bez przesady, że odzwierciedlają one poziom umysłowy dużej części "metalowej braci". Proszę bardzo, mała próbka:

"kler pedofil
czarna szata - czarna szmata
kler pedofil
brudne ręce - tłuste ręce
kler pedofil
zatyka usta - potrójna szóstka
kler pedofil
gwałt i modły - bogacz podły
kler pedofil
zawsze niewinny - to chrystus winny
kler pedofil
zarżnięty wieprz - spalony krzyż
kler pedofil
tutaj niech skona - obora spalona
kler pedofil
prawdę swą głoś - z nimi na stos"

Opcje są dwie: albo ich autor jest niedorozwinięty, albo za takowych uważa swoich potencjalnych odbiorców. Ja kurwa nie mam pytań, bo większe gówno prezentuje chyba tylko Mord. Na koniec, z nutką dziennikarskiego obiektywizmu dodam, że obiektywnie Slav prezentuje tam jakiś poziom jeśli chodzi o muzyczne rzemiosło i może nawet coś z tego będzie, zresztą ponoć stoi za tym jakiś weteran "sceny" (chociaż w życiu o nim nie słyszałem). Ale debilizm i tępota zionący z tekstów i całej otoczki skutecznie uniemożliwia mi docenienie kunsztu pana "Neta". I jeszcze nazwał projekt "Słowianin" po to, aby pod jego szyldem prezentować tego typu umysłową indolencję. Nie polecam, chyba że kogoś jarają takie tematy albo ma w dupie treść i woli słuchać samego napierdalania. Jeśli tak, to "Klerem pedofilem" (ależ to bluźniercze i kontrowersyjne!) powinien być ukontentowany.

Japonia drołnem płynie

Boris - Präparat (2013)



Gatunek: Ciężko sklasyfikować
Wydawca: Daymare Recordings

Kalejdoskop. Wyobraźmy sobie płytę, która łączy w sobie subtelność indie rocka z lat 90, duszny klimat muzyki drone, pazur rocka, a to wszystko polejmy sosem orientalnym. Chuj, nie trzeba sobie takiej płyty wyobrażać - ona istnieje. Przed Państwem najnowsze dzieło japońskich wizjonerów z Boris pt. "Präparat".
Album rozpoczyna delikatna, zimna kompozycja "December", która wprowadza słuchacza w nieco melancholijny nastrój... jest sennie i chłodno. Po 4 minutach od rozpoczęcia sonicznej wycieczki cedek uderza w słuchacza zajebistym "Elegy" przynoszącym na myśl najlepsze nagrania Broadrickowego Jesu. Na tym koniec zmian? Oczywiście, że nie!

>Präparat to czysta muzyczna podróż.

Po 10 minutach przychodzi czas na przepiękne "Monologue", które brzmi jak kompozycja żywcem wyjęta z niewydanego albumu Slowdive. Goswell i Halstead by się nie powstydzili. Romantycznie się zrobiło, prawda? Czas na:

>Poziom: piekło.

Zaczęło się. "Amplifier Worship". "Method Of Error". Ciężko, smoliście, hałaśliwie. Boris w formie. Tak, dokładnie to, z czego zespół jest najbardziej znany.

>Zespół - jakże pretensjonalnie to brzmi.

No bo dlaczego niby nie? Atak "Bataille Suere" to symfonia piekła. Gitary młócą niczym walec na polnej drodze, perkusja monotonnym rytmem napędza machinę zagłady. Jest gorąco. 40*C ponad normę. Sytuacji nie poprawia wejście niemal hardcorowego "Perforated Line" - oczywiście w sensie pozytywnym. Jest pierdolony upał.

Japończycy doskonale operują klimatem i mają tego świadomość, dlatego w 25 minucie dostajemy zimny prysznic. Ot tak, na ochłodzenie. Ambientowe "Castel in the Air" staje się czymś w rodzaju katharsis, momentem wytchnienia, przystankiem rozpędzonego metra i najważniejsze - wstępem do pięknego "Mirano". Boris zwalnia, kończy trasę, na moment uderza jeszcze typowo drołnowym "Canvas", powoli gasi silnik, odtwarza końcowe "Maeve" - szum wiatru, apokalipsa, koniec trasy. Prosimy opuścić pojazd.

>Epilog

Pan Bartek: To cały czas ta sama płyta leci?
Pan P.: No tak, a co?
Pan Bartek: Nieźle pojebane.


...i jednocześnie genialne. Doskonała rzecz.

9+/10

~P.