...o muzyce niekoniecznie kulturalnie.

sobota, 15 czerwca 2013

Sagor

Exsagor - Destination (2010)



Gatunek: Hard Rock/Metalcore (Wtórność-core)
Wydawca: Buskie Samorządowe Centrum Kultury (xD)

Niedawno wpadła mi w ręce debiutancka płyta jakiegoś Exsagoru. Właściwie już sama okładka, z obowiązkowymi angielskimi napisami, ażeby było modnie i światowo, wystarczyła mi, aby wyjebać płytę do śmieci. Jednak, jako że miałem dobry dzień, postanowiłem dać jej szansę. Została ona przez zespół zmarnowana już po kilku sekundach.

Wyjaśnijcie mi - po chuj grać, a tym bardziej nagrywać takie pierdoły? Teksty o niczym, w ogóle cały zespół jest o niczym. Któryś z jego członków przyznał w wywiadzie z rozbrajającą szczerością, że nazwa właściwie nic nie znaczy. No bo co ma znaczyć? Że kiedyś grupa nazywałą się "Sagor", ale że już się tak nie nazywa więc muzycy dodali przedrostek "ex"? W sumie to ma sens. Szkoda, że ta zmiana nie pociągnęła za sobą rozpadu tego bezsensownego zespołu.

Otóż, proszę państwa, (Ex)Sagor gra to, co wałkują do bólu miliony amerykańśkich nastolatków a w ślad za nimi - kolejne setki tysięcy europejskich, w tym polskich biedametalowców. Muzyka to wypadkowa jakiegoś pozbawionego jaj hardkoru, rocka i wyjątkowo chujowego damskiego zawodzenia. Po chuj kapele skłądające się z ludzi, dla których język Cromwella jest drugim językim na siłę używają go w swojej muzyce? Myślą, że na koncert przyjdzie łowca głów z Nuclear Blasta i podpisze z nimi kontrakt na 100 płyt i miliard dolców na łeb, tylko dlatego, że grają "światowo"? No chyba nie. Taki (Ex)Sagor może se najwyżej "wydać" lichy digipack poprzez lokalny Dom Kultury, co też uczynił. Paradoksalnie, największym hitem kapeli pozostaje utwór zaśpiewany po polsku, który mimo tekstu o spermie na twarzy ("gęsta, ciepła mgła") pozostaje najlepszym na płycie, bo panienka ewidentnie lepiej czuje się w ojczystej mowie. Ale co z tego, skoro reszta utworów to takie pitolenie bez celu i większego sensu. Ale ważne, że muzycy mogą se pozować z paskami od gitar na profilu FB. Zawsze to fajnie móc poczuć się jak swoi amerykańścy idole, nie? Szkoda, tylko że zapłatą w porywach będzie jakiś browar za 1.99 z Biedy - bardzo zresztą adekwatnie do jakości muzyki.

A, muszę pogratulować okładki. Niejedne smutna metaluffka z Photobloga by jej pozazdrościła. Tylko czemu pod tym drogowskazem nie siedzi jakaś biedna pizda w trampkach, która nie wie czy wybrać "love", "trust", czy "friendship", a może wstać i pójść posłuchać czegoś, co ma sens i przyszłość? Nie umieli wfotoszopować? Macie gotowy pomysł na nową płytę, zwłaszcza że ostatni singiel reklamowała jakaś zaschnięta plama spermy (nawiązanie do "Jeziora", zapewne).

piątek, 3 maja 2013

Pieśni Adwaityczne

Om - Advaitic Songs (2012)



Gatunek: Stoner/Doom Metal
Wydawca: Drag City

Zabierając się za recenzję dzieła tak obfitego w zarówno duchową i artystyczną jakość wypadałoby na początku przybliżyć, choćby pokrótce, przyświecające mu idee. Tytuł „Advaitic Songs” odnosi się do hinduskiej adwaity, poglądu stojącego w opozycji do dwaity (dwójni), głoszącego że jedyną rzeczywistość stanowi Brahman, który jest tożsamy ze wszystkimi żywymi istotami. W adwaicie świat materialny reprezentuje maja – pojmowana jako iluzja rozdzielności pomiędzy Atmanem-Jaźnią, a Brahmanem-Absolutem. Wyznawcy adwajtawedanty nie poszukują zbawienia poprzez miłosierdzie boże, mesjaszy czy posłuszeństwo; wręcz przeciwnie – dążą do samozbawienia przez gnozę, wyrwania się z sideł fałszywego dualizmu i odnalezienia w sobie jedności z bezprzyczynową boskością. Cytując Swamiego Wiwekanandę, dziewiętnastowiecznego propagatora hinduizmu na Zachodzie:

„Poza całą naturą jest coś wolnego. Kiedy znajdziemy to, co wymyka się wszelkiemu prawu, zdobędziemy wolność, a wolność jest zbawieniem. Dualizm jest stopniem, fazą, adwaityzm wiedzie aż do kresu. Najkrótszą drogą do wyzwolenia jest oczyszczenie się. Należy do nas tylko to, co sami zdobyliśmy. Nie zbawi nas żaden autorytet, ani żadne wierzenie.”

Tyle o duchowości stojącej za „Advaitic Songs”, pora na muzykę. Album rozpoczyna „Addis”, sześciominutowa mantra z damskim wokalem i pięknie brzmiącą wiolonczelą, okraszona wyrazistym dudnieniem bębnów i brzmiącymi co najmniej majestatycznie pomrukami pulsującego basu. Wszystkie te elementy, prócz kobiecego głosu, towarzyszą słuchaczowi aż do końca albumu, akompaniując ciężkim, acz nieco stonowanym i schodzącym często na drugi plan doom-metalowym riffom. Na „Advaitic Songs” Cisneros i Amos postawili w dużej mierze na różnorodność brzmienia, aczkolwiek nie brak tu monotonnych dronów rodem z hinduskich rag i wyciszonej kontemplacji. Dźwiękowe inspiracje muzyków są oczywiste – „Advaitic Songs” to pieśni ducha Bliskiego i Środkowego Wschodu, psalmy spalonej słońcem pustyni i monumentalny lament bizantyjskich chórów. Al Cisneros jednostajnym głosem, jak gdyby pogrążony w głębokiej modlitwie recytuje teksty utworów, sprawiając, że każdego z nich słucha się jak medytacyjnej mantry. Piąty, ostatni kawałek – „Haqq al-Yaqin” odwołujący się do tradycji muzułmańskiej - to najdłuższa i moim zdaniem najciekawsza z kompozycji zawartych na krążku. Monotonny, transowy rytm wybijany na hinduskiej tabli, podniosły lament smyczków, ascetyczne aranże wokalne Cisnerosa – wszystko to kreuje niesamowicie mistyczny klimat; całość zaś wieńczy przepiękna wariacja zagrana na nieprzesterowanej gitarze. Po paru chmurach ściągniętych przy tym numerze można niemal poczuć na własnej skórze prażące niemiłosiernie słońce pustyni, rozżarzony piach i intensywną woń płonącego kadzidła. „Pieśni Adwaityczne” to dla mnie ścisła czołówka zeszłorocznych albumów, koniec kropka.

~blaga

czwartek, 2 maja 2013

Metal - debil

Slav - Kler Pedofil (demo 2012)

Gatunek: Black Metal
Wydawca: brak

I niech ktoś mi kurwa powie, że metalowcy to nie są w najlepszym wypadku kompletni debile. Nie wiem czego ja się spodziewałem po kasecie zatytułowanej "Kler pedofil", ale pomijając już fakt zawarcia na niej słuchalnej w sumie muzyki, to kompletnym arcydziełem są tutaj teksty. Możnaby nawet powiedzieć bez przesady, że odzwierciedlają one poziom umysłowy dużej części "metalowej braci". Proszę bardzo, mała próbka:

"kler pedofil
czarna szata - czarna szmata
kler pedofil
brudne ręce - tłuste ręce
kler pedofil
zatyka usta - potrójna szóstka
kler pedofil
gwałt i modły - bogacz podły
kler pedofil
zawsze niewinny - to chrystus winny
kler pedofil
zarżnięty wieprz - spalony krzyż
kler pedofil
tutaj niech skona - obora spalona
kler pedofil
prawdę swą głoś - z nimi na stos"

Opcje są dwie: albo ich autor jest niedorozwinięty, albo za takowych uważa swoich potencjalnych odbiorców. Ja kurwa nie mam pytań, bo większe gówno prezentuje chyba tylko Mord. Na koniec, z nutką dziennikarskiego obiektywizmu dodam, że obiektywnie Slav prezentuje tam jakiś poziom jeśli chodzi o muzyczne rzemiosło i może nawet coś z tego będzie, zresztą ponoć stoi za tym jakiś weteran "sceny" (chociaż w życiu o nim nie słyszałem). Ale debilizm i tępota zionący z tekstów i całej otoczki skutecznie uniemożliwia mi docenienie kunsztu pana "Neta". I jeszcze nazwał projekt "Słowianin" po to, aby pod jego szyldem prezentować tego typu umysłową indolencję. Nie polecam, chyba że kogoś jarają takie tematy albo ma w dupie treść i woli słuchać samego napierdalania. Jeśli tak, to "Klerem pedofilem" (ależ to bluźniercze i kontrowersyjne!) powinien być ukontentowany.

Japonia drołnem płynie

Boris - Präparat (2013)



Gatunek: Ciężko sklasyfikować
Wydawca: Daymare Recordings

Kalejdoskop. Wyobraźmy sobie płytę, która łączy w sobie subtelność indie rocka z lat 90, duszny klimat muzyki drone, pazur rocka, a to wszystko polejmy sosem orientalnym. Chuj, nie trzeba sobie takiej płyty wyobrażać - ona istnieje. Przed Państwem najnowsze dzieło japońskich wizjonerów z Boris pt. "Präparat".
Album rozpoczyna delikatna, zimna kompozycja "December", która wprowadza słuchacza w nieco melancholijny nastrój... jest sennie i chłodno. Po 4 minutach od rozpoczęcia sonicznej wycieczki cedek uderza w słuchacza zajebistym "Elegy" przynoszącym na myśl najlepsze nagrania Broadrickowego Jesu. Na tym koniec zmian? Oczywiście, że nie!

>Präparat to czysta muzyczna podróż.

Po 10 minutach przychodzi czas na przepiękne "Monologue", które brzmi jak kompozycja żywcem wyjęta z niewydanego albumu Slowdive. Goswell i Halstead by się nie powstydzili. Romantycznie się zrobiło, prawda? Czas na:

>Poziom: piekło.

Zaczęło się. "Amplifier Worship". "Method Of Error". Ciężko, smoliście, hałaśliwie. Boris w formie. Tak, dokładnie to, z czego zespół jest najbardziej znany.

>Zespół - jakże pretensjonalnie to brzmi.

No bo dlaczego niby nie? Atak "Bataille Suere" to symfonia piekła. Gitary młócą niczym walec na polnej drodze, perkusja monotonnym rytmem napędza machinę zagłady. Jest gorąco. 40*C ponad normę. Sytuacji nie poprawia wejście niemal hardcorowego "Perforated Line" - oczywiście w sensie pozytywnym. Jest pierdolony upał.

Japończycy doskonale operują klimatem i mają tego świadomość, dlatego w 25 minucie dostajemy zimny prysznic. Ot tak, na ochłodzenie. Ambientowe "Castel in the Air" staje się czymś w rodzaju katharsis, momentem wytchnienia, przystankiem rozpędzonego metra i najważniejsze - wstępem do pięknego "Mirano". Boris zwalnia, kończy trasę, na moment uderza jeszcze typowo drołnowym "Canvas", powoli gasi silnik, odtwarza końcowe "Maeve" - szum wiatru, apokalipsa, koniec trasy. Prosimy opuścić pojazd.

>Epilog

Pan Bartek: To cały czas ta sama płyta leci?
Pan P.: No tak, a co?
Pan Bartek: Nieźle pojebane.


...i jednocześnie genialne. Doskonała rzecz.

9+/10

~P.

niedziela, 7 kwietnia 2013

Nazi-hippisi na dragach

Black Magick SS – Symbols of Great Power [2013]



Gatunek: Rock/Black Metal
Wydawca: Infinite Wisdom Productions


Antykosmiczni nazi-hippisi w natarciu! Myślałem, że już nic mnie w muzyce nie zaskoczy (a przynajmniej w rejonach okołoblackmetalowych). A jednak! BMSS, o którym wiadomo tylko tyle, że pochodzi z Australii, ni stąd ni zowąd wydało debiutancką epkę „Symbols of Great Power” za pośrednictwem Infinite Wisdom i zdobyło moje zdewastowane używkami serducho wraz z pierwszym odsłuchem. Ta muzyka jest po prostu klawa, dwunastominutową kasetę wypełniają psychotropowe dźwięki rodem z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych – urokliwe pianie hammondów, przyćpany gitarowy groove, czyli klimat (nekro)flower-power i LSD zażywanego w nieprzyzwoitych ilościach. Trend powrotu do oldskulowego psychodelicznego rocka w połączeniu z ciemną stroną ezoteryki zapoczątkowany przez nieodżałowane The Devil’s Blood (dla niedoinformowanych – TDB niedawno uległo rozpadowi, dalsze losy członków grupy jak na razie są nieznane) zbiera coraz to ciekawsze żniwo, czego świetnym dowodem jest właśnie BMSS; jednak symbol wielkiej mocy popycha wózek z materiałami wybuchowymi o parę metrów dalej, okraszając wszystko absolutnie brudnym brzmieniem i skrzekliwymi wokalami. Dominują niskie tony i ciężkie brzmienie, aczkolwiek co jakiś czas panowie (?) raczą ucho nieskomplikowaną solówką czy prostym, skocznym riffem. Słucha się tego po prostu zajebiście, jest przebojowo i chwytliwie, cmentarne klawisze tworzą nastrój a’la Jacula czy Coven, a wokal nadaje całości blackowego wydźwięku (choć zdarzają się również „czyste” partie). Największym minusem wydawnictwa jest jego powtarzalność, numery brzmią bardzo podobnie, i choć pierwsze kilkanaście odsłuchów sprawia obłędną radochę, to na dłuższą metę Symbols of Great Power może nieco przynudzać. Jednak moim zdaniem dla miłośników ekscentrycznych wariacji na temat czarnej sztuki jest to pozycja obowiązkowa, zaś amatorzy brzmień w klimatach stoner i psychedelic rocka również nie powinni być zawiedzeni, o ile ich narządy słuchu będą w stanie przetrwać nawałnicę sonicznej surowizny i brudu.

~blaga

Brak lub utrata zdolności odczuwania przyjemności

Anhedonia - Jebać Ludzkość [2013] (ja pierdole...)

Gatunek: Black Metal
Wydawca: ?

Zespół, którego najnowsze dzieło zamierzam tu zrecenzować jest dośc młody, ale dał się już poznać milionom słuchaczy (albo raczej czytelników for) od wcale ciekawej strony. Otóż po wydaniu debiutanckiego demo, które obiektywnie rzecz biorąc było słabe, ale w sumie pokazywało, że zespół ma jakiś tam potencjał, bodaj gitarzysta grupy (osobnik wyjątkowo niedojrzały mentalnie) narobił w Internetach takiego burdelu, że na Anhedonię powinna po prostu spaść zasłona milczenia.

Tak się jednak nie stało i oto zespół "wydaje" (na wypalanym domowo cederze) swoje drugie dzieło o poważnym tytule "Jebać ludzkość". Sam nie wiem, jak określić zawartość tej płyty. Sporo sampli, utwory akustyczne, metalowe, wreszcie ilustracyjno-chuj wie jakie. Na pewno jest to lepsze niż gówniany i nieudolnie zagrany black metal prezentowany na debiucie. Ale moje pytanie brzmi - do kogo właściwie skierowane jest to wydawnictwo? Bo są tu momenty, kiedy słucha się tego przyjemnie - plumkają sobie nastrojowe klawisze i kołyszą nas do snu jakieś rozmyte gitarki, ale zaraz zespół katuje nas chujowym i daremnym kowerem Burzuma (dobrze, że podarowali sobie wokale, bo poprzednim razem wyszło to groteskowo, a wokalista jest ewidentnie głuchy), rozstrojoną gitarą akustyczną albo przemówieniem Fuhrera. No kurwa, rzeczywiście. Plus za nawet ciekawe brzmienie i nietuzinkowe pomysły, ale wszystko to brzmi jak "nudziłem się wieczorem i takie tam se nagrałem" niż jak drugie demo realnie istniejącego zespołu. Może panowie chcieli być drugim Ulverem, albo chuj wie czym. No i w porządku, muzycznie nawet to zaczyna dojrzewać. Czasem. Ale zasadniczo nad całością unosi się duch nijakości i daremności.

Jeśli pojawi sie tu pan gitarzysta, to informuję, że nie zamierzam czytać jego bólu dupy i wypocin składających się ze słów "dupa", "gówno" czy "anal", z których słynie.

sobota, 6 kwietnia 2013

Życioniekochacze

Tekst jest stary, także niektóre informacje w nim zawarte mogą być nieco nie na czasie


Lifelover - "Sjukdom" [2011]


Gatunek: Depressive Rock


"A bad case of reverse schizophrenia
the imaginary friend of everyone else
a soulless terrorist with a message to spread
with the worst upbringing possible and no emotions"

Oczekiwałem tego albumu. Cholernie oczekiwałem. W momencie, gdy zespół udostępnił utwór "Expandera" z nadchodzącego wielkimi krokami, walentynkowego"Sjukdom", moje oczekiwania i nadzieje wzrosły niepomiernie. Wiedziałem, że taka ekipa jak Lifelover, z genialnym Kimem Carlssonem na czele nie wypuści złej płyty. Niestety - "Choroba" to przykład jak spierdolić nieskazitelną dyskografię kapeli.

Jak można nagrać tak nieciekawy i nudny album mając na koncie takie perły jak "Pulver", "Erotik" czy "Konkurs" ? Na nowym dziecku Lifelovera złe jest praktycznie wszystko. Rozpoczynając na beznadziejnym, tandetnym automacie perkusyjnym (założę się, że te sample nie zostały nawet minimalnie obrobione), poprzez toporne, oklepane riffy, kończąc na zabawnym i groteskowym wokalu Nattdala, który niszczy prawie każdy ciekawy moment płyty. Gdzieś również zginął klimat. Na "Sjukdom" nie ma już tej wszechobecnej atmosfery pijaństwa, narkomanii, choroby psychicznej, czuć natomiast jakiegoś rodzaju plastik i brak inspiracji. Dobre kawałki występują aż dwa: wspomniana na początku "Expandera" - kojarząca się z nieśmiertelnym "M/S Salmonella", oraz fajne, proste, wpadające w ucho "Instrumental Asylum" - niestety pozostałe 12 utworów, to jakiś muzyczny śmietnik. Przykre.

Cóż, według oficjalnych informacji, Carlsson dobrał nowych muzyków do składu i ekipa Życiokochaczy zabiera się za nagrywanie następcy "Sjukdom". Panowie - dobra rada. Odzyskajcie kontakt do dilera, który dawał wam prochy, kiedy nagrywaliście "Pulver". Wyjdzie to na dobre zarówno wam, jak i nam - słuchaczom. Ten, którego macie obecnie, ewidentnie robi was w chuja.

No siema



Post#1 nie będzie zawierał ani filozoficznego pierdolenia, ani żadnego wyjaśnienia idei tej strony. Cenisz sobie dobrą muzykę? Myślimy, że trafiłeś w odpowiednie miejsce. Postaramy się, aby nowe teksty były upubliczniane jak najczęściej.

Pozdrawiamy
Redakcja GHK.

 "mors malum non est, sola ius aequum generis humani"